Gość Niedzielny: Czas na ks. Kotlarza
Oblicza męczenników są zawsze odkryte i bogate blaskiem chwały. Kaci twarze zasłaniają – napisał bp Edward Materski, wspominając ks. Romana Kotlarza. W procesji po Mszy św. beatyfikacyjnej ks. Jerzego Popiełuszki Jan Rejczak, radomski opozycjonista z okresu PRL, spotkał byłą posłankę, pochodzącą z Płocka Ewę Tomaszewską. To, co usłyszał, było potwierdzeniem myśli, jakie mu chodziły tego dnia po głowie: – Teraz trzeba się wziąć za beatyfikację ks. Romana Kotlarza – powiedziała.
Czarna Wołga Ten, dla wielu tylko wirtualny straszak z lat siedemdziesiątych, istniał naprawdę. Nie jeden raz czarna wołga podjeżdżała pod drewnianą plebanię w Pelagowie. A co było potem. Czasem gdzieś wywozili księdza, a czasem wszystko działo się w mieszkaniu. Jedno z takich najść miało przypadkowego świadka, gospodynię księdza. Krystyna Stancel akurat przygotowywała kolację. W pewnej chwili usłyszała pukanie do drzwi. – „Proszę księdza, ktoś puka”. – „To otwórz” – odpowiedział. Ja pytam: – „Kto jest?” – „Koledzy księdza”. Weszło trzech panów. Jeden z panów zapytał: – „Gdzie ksiądz?” Ja mówię: – „W pokoiku”. Do księdza weszło dwóch panów, a trzeci został ze mną. Przymknęli drzwi. Usłyszałam, jak ksiądz upadł na podłogę i zaczął jęczeć: „O Jezu, o Jezu!” Zaczęłam krzyczeć. Wtedy ten, co był ze mną mówi – „Cicho być!”. Nie wiem, co miał w ręku, ale przylał mi po prawym boku, że miałam znak przez trzy miesiące. Zaczęłam płakać i krzyczeć. A ksiądz na to: „Uciekaj dziecko, uciekaj do dzieci!” Uciekłam. – wspominała pani Krystyna. Nie wiadomo, ile razy ks. Kotlarz miał takie wizyty. Ale trwało to ponad miesiąc. Odwiedziny nieznajomych zaczęły się po tym, gdy proboszcz podradomskiego Pelagowa w kazaniu opowiedział się za poszkodowanymi, bitymi i zwalnianymi z pracy po robotniczym proteście z 25 czerwca 1976 r. Ówczesne władze, które odżegnywały się potem od tych pobić, pamiętały jednakże kazania ks. Kotlarza i to, że tajniacy widzieli go wśród protestujących robotników. W lipcu 1976 r. ks. Roman zaczął gasnąć w oczach. Stał się nerwowy. Kiedyś promieniejący radością, zaczął zdradzać objawy depresji. Pewnego dnia w tajemnicy pokazał swe plecy Tomaszowi Świtce, ministrantowi. – Były sine, czarne jak sutanna – mówił ministrant. 15 sierpnia ks. Kotlarz zasłabł w czasie Mszy św. Znalazł się w szpitalu w Krychnowicach. Zmarł trzy dni później. Pogrzeb był prawdziwą manifestacją żalu i zarazem uznania dla kapłana. Trumnę ze zwłokami z Krychnowic do Pelagowa nieśli parafianie i radomscy robotnicy. A cała czterokilometrowa trasa pokryta była kwiatami. Ks. Kotlarz został pochowany w rodzinnych Koniemłotach koło Staszowa. Bardzo szybko zaczęło się tajemnicze zacieranie śladów. Otruty został nawet pies proboszcza. Mimo że przez szereg lat rozpoczynano śledztwa i procesy, były umarzane z braku dowodów. Także po roku 1989. Okazało się, że teczka osobowa ks. Kotlarza w archiwach UB została zniszczona. Jedyne rehabilitacje i dowody uznania dla ks. Kotlarza, ale znamienne, to pośmiertne odznaczenia. W 1990 r. prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski odznaczył go Złotym Krzyżem Zasługi z Mieczami „Za ofiarę życia w walce z komunistami o niepodległą Polskę”. Z kolei 3 maja 2009 r. Prezydent RP Lech Kaczyński uhonorował go Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Obok nich ważną jest wciąż żywa ludzka pamięć i troska o nią w wielu środowiskach.
Niepokorny Roman Kotlarz urodził się 17 października 1928 r. w wielodzietnej rodzinie. A jak wspomina jego siostra, Marianna Kawalec, od dziecka marzył o tym, by zostać księdzem. Jego wielkim hobby, któremu pozostał wierny do końca, było rysowanie. Święcenia kapłańskie przyjął w 1954 r. Rozpoczął pracę wikariusza, a pierwszą placówką była parafia w Szydłowcu. Tam zapamiętano, że żył w iście spartańskich warunkach i że był bardzo wrażliwy na ludzką biedę i niesprawiedliwość. Tam też zaczęły się problemy z władzą. Inwigilowany i nagrywany przez tajniaków, opuścił Szydłowiec po dwóch latach. W Koprzywnicy władze pozbawiły go prawa nauczania religii w szkole. Na wikariacie w Mircu doszły problemy ze zdrowiem. Miał usuniętą część żołądka i przez kolejne lata musiał stosować ścisłą dietę. W 1961 r. został proboszczem w Pelagowie. Tu naraził się władzom nie tyko kazaniami, ale też zaangażowaniem w obronę jedności w parafii Wierzbica. Przez cały czas pobytu w Pelagowie pełnił posługę kapelana w szpitalu w Krychnowicach. Był solą w oku dla władz. Od pierwszej parafii pracownicy Urzędu do spraw Wyznań słali na ks. Kotlarza skargi do biskupa. A z drugiej strony robił na komunistycznych dygnitarzach wielkie wrażenie. Nocami udzielał im kościelnych ślubów i chrzcił ich dzieci.
Patron Czerwca’76 Ks. Roman przyjeżdżał motorem na obiady do radomskiej Fary. Tak było też 25 czerwca 1976 r. Stąd ulicą Rwańską jest dobra minuta do kościoła jezuitów. Tam na palcu znalazł się wśród demonstrantów idących w stronę komitetu PZPR. To był protest, który wybuchł po ogłoszeniu drastycznej podwyżki cen żywności. Później ks. Kotlarz tak opisał te chwile: „Przez kilka minut w sutannie maszerowałem środkiem ulicy. Raz po raz pozdrawiano mnie: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Dziękujemy księdzu! Bóg zapłać! Odpowiadałem: Na wieki wieków! Szczęść Boże!”. Na schodach przed kościołem jezuitów pobłogosławił protestujących i wypowiedział modlitwę: „Matko Najświętsza, któraś pod krzyżem stała, pobłogosław tym dzieciom, które pragną chleba powszedniego!” Za ten niepokorny w oczach władz postępek miał słono zapłacić. A gdy 11 lipca mówił w Pelagowie: „W Radomiu powiedziano, że mnie tam widziano razem z wami na ulicach... ksiądz był z wami. Ukochani, jesteśmy zobowiązani wobec tych naszych braci Polaków, którzy w tej chwili ogromnie cierpią katorgi. Nie wolno nam milczeć. Nie wolno nam nie modlić się za nich”, miarka przebrała się. Wezwany do Prokuratury Wojewódzkiej w Radomiu został ostrzeżony, że jego kazania stanowią „poważne przestępstwo zagrożone surową karą pozbawienia wolności” i są „prymitywnym żerowaniem na uczuciach religijnych”. Jednocześnie rozpoczęły się wizyty „nieznanych sprawców”. Ciekawa rzecz, że w oficjalnych dokumentach szpitala, sporządzonych po śmierci ks. Romana, nie znalazła się żadna informacja o śladach pobicia. A przecież o sińcach na ciele zmarłego opowiadali w prywatnych rozmowach pracownicy szpitala. – Oficjalnie podano, że Roman zmarł na serce. Nie wolno było nawet wspomnieć o żadnym pobiciu. Mój ojciec oglądał jednak ciało i widział straszne sińce – wspomina siostra ks. Kotlarza. Pamięć bohaterskiego księdza, który błogosławił protestujących w czerwcu 1976 r., żyła i wciąż żyje w Radomiu i w Pelagowie. Jej szczególnymi kultywatorami są członkowie „Solidarności”. – Osobiście nie spotkałem ks. Kotlarza, ale gdy niemal dwadzieścia lat temu w Kałkowie otwieraliśmy oratorium dedykowane robotnikom radomskiego Czerwca’76, bliżej zapoznałem się z sylwetką tego kapłana. Urzekł mnie i bardzo wpłynął na moje późniejsze życiowe kroki i wybory – mówi Zdzisław Maszkiewicz, przewodniczący zarządu regionu NSZZ „Solidarność” Ziemia Radomska. Ważnym momentem upamiętnienia Bohatera było przemówienie Jana Pawła II w czasie wizyty w Radomiu 4 czerwca 1991 r. Na lotnisku w Sadkowie papież mówił: „Podczas dzisiejszych odwiedzin zatrzymam się przy kamieniu-pomniku z napisem: „Pamięci ludzi skrzywdzonych w związku z robotniczym protestem roku 1976”. To czasy bliskie, które Radom i cała Polska głęboko zapisały w swej pamięci. Można powiedzieć, że r. 1976 stał się wstępem do dalszych wydarzeń lat osiemdziesiątych. Kosztowały one wiele ofiar, aresztowań, upokorzeń, tortur (zwłaszcza praktykowanych pod nazwą „ścieżki zdrowia”), śmierci (między innymi jednego z sandomierskich duszpasterzy) – poprzez to wszystko torowały drogę ludzkiemu pragnieniu sprawiedliwości”. Działacze radomskiej „Solidarności” doprowadzili do tego, że w 1996 r. rondo, z którego ul. Reja prowadzi na plac przed kościołem jezuitów, otrzymało imię ks. Romana Kotlarza. Tam też ustawiono kamień z krzyżem i pamiątkową tablicą. Dziesięć lat później został tam posadzony pamiątkowy dąb papieski. – Każdego roku 18 sierpnia jeździmy do Koniemłotów, by brać udział w uroczystościach związanych z rocznicą śmierci ks. Kotlarza. Jestem przekonany, że trzeba myśleć o tym, by rozpocząć starania o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego Patrona Czerwca’76. Mam nadzieję, że po beatyfikacji ks. Jerzego Popiełuszki przychodzi czas na ks. Kotlarza. To moje zaufanie powiększa pierwsza rozmowa z bp. Henrykiem Tomasikiem. Bp ordynariusz nawiązał do osoby ks. Kotlarza i prosił nas, byśmy w Związku pieczołowicie zbierali wszelkie pamiątki i dokumenty z nim związane – dopowiada Zdzisław Maszkiewicz.
Spodobał Ci się ten artykuł? Kliknij
Chcesz być informowany o najnowszych artykułach? Zasubskrybuj ten serwis 
Lubisz szelest papieru? Wydrukuj ten artykuł
Dodaj Komentarz