- Żydowscy fanatycy - tak prof. Jerzy Robert Nowak nazwał stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita. Organizacja składa doniesienie do prokuratury na antysemickie wypowiedzi prof. Bogusława Wolniewicza w Radiu Maryja. Zdaniem stowarzyszenia przeciw antysemityzmowi i ksenofobii Otwarta Rzeczpospolita Wolniewicz nawoływał na antenie do nienawiści rasowej, co jest przestępstwem ściganym z art. 256 kk. Organizacja postanowiła zawiadomić o tym toruńską prokuraturę. Za Wolniewiczem wstawił się jednak inny publicysta Radia Maryja prof. Jerzy Robert Nowak - historyk i wykładowca w szkole o. Rydzyka - pisze na łamach dzisiejszej Gazety Jacek Hołub. - Otwarta Rzeczpospolita, która występuje do prokuratury z oskarżeniami przeciwko prof. Wolniewiczowi, jednemu z największych, jeśli nie największemu polskiemu filozofowi, to stowarzyszenie, które samo jest ucieleśnieniem najgorszego fanatyzmu.
Tyle że fanatyzmu żydowskiego, atakującego polskie tradycje, patriotyzm i Kościół za rzekomy antysemityzm i nacjonalizm - mówił Nowak w audycji "Aktualności Dnia". - Tylko prawdziwy tuman mógłby oskarżyć prof. Wolniewicza o antysemityzm. Słowa "tuman" używam w odniesieniu do tych wszystkich, którzy znają jego głośne proizraelskie wystąpienie parę tygodni temu na konferencji w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej. Przypomnę, że prof. Wolniewicz na wstępie swojego wystąpienia ponad pięć minut poświęcił żarliwej obronie Izraela i krytyce Hamasu, przedstawiał nawet Izrael jako najdalej wysunięty punkt cywilizacji europejskiej, który należy bronić przed wszelkim fanatyzmem. Nowak wyraził wątpliwość, czy prokuratura zajmie się sprawą zgłoszoną przez Otwartą Rzeczpospolitą. Jego zdaniem lepszym tematem dla sądu są "różne ataki na polskość" i na fałszowanie polskiej historii. Wskazał jednak, że jeśli dojdzie do procesu, chętnie zgłosi się na świadka obrony Wolniewicza.
IDK KAI
"Między Kościołem a światem liberalnym właśnie skończyła się wymiana uśmiechów. Skończyła się epoka fikcyjnego rozejmu, za którym krył się niemożliwy do rozwiązania konflikt" - pisze Dominik Zdort na łamach Rzeczpospolitej. Przytacza też wyniki sondy, którą umieścił na swojej stronie internetowej dziennik Die Welt: Czy papież powinien ustąpić? Za – 14 proc., przeciw – 57 proc., nie wiem – 29 proc. Inne niemieckie pismo, tygodnik „Der Spiegel”, na okładce stwierdziło, że niemiecki papież kompromituje Kościół - dodaje. "Ze wszystkich stron, od żydowskich autorytetów, francuskich intelektualistów, włoskich watykanistów, od niemieckiej kanclerz i polskiego marszałka Senatu, posypały się niespotykane ataki na Benedykta XVI, gdy papież zniósł ekskomunikę wobec tradycjonalistycznego Bractwa św. Piusa X" - pisze publicysta.
Jego zdaniem widać zmianę w stosunkach między między Kościołem a coraz bardziej liberalnym światem. Przez ostatnich kilkadziesiąt lat stosunki te były czymś w rodzaju zawieszenia broni - uważa Zdort.
"Kościół, usatysfakcjonowany milionami młodych ludzi wsłuchanych w Jana Pawła II, gotów był nie zauważać, jak płytka jest ich wiara. Choć dostrzegali to niektórzy obserwatorzy. – Społeczeństwo włoskie i europejskie, którego znaczna część deklaruje katolicyzm, żyje w sytuacji obłudy. Co fascynowało Papaboys w Janie Pawle II? Zapewne sylwetka, osobowość, osobista odwaga. Bo raczej nie jego nauczanie – to słowa, które przed niespełna czterema laty powiedział w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Camillo Brezzi, historyk Kościoła. Papaboys – mówił Brezzi – śpiewają umierającemu Janowi Pawłowi II piosenki, a równocześnie „współżyją przed ślubem i używają prezerwatyw”. Hipokryzja? Camillo Brezzi wolał słowa „zakłamanie” i „podwójność”. I twierdził, że doprowadził do tego pontyfikat Jana Pawła II, a jego następca będzie musiał to zmienić. Dziś ta zmiana następuje. Zawieszenie broni zostało zerwane. Już nigdy nie będzie tak jak za czasów Jana Pawła II. Świat liberalny mógł znosić kazania i napomnienia Karola Wojtyły wołającego o szacunek dla wartości, dla życia ludzkiego, o zawierzenie Chrystusowi. Odmówił zaakceptowania Josepha Ratzingera, gdy okazało się, że będzie nie dobrotliwym staruszkiem bezsilnie wzywającym do zachowania zasad, ale pancernym papieżem, który w obronie swoich zasad jest gotów na podjęcie konkretnych działań" - czytamy.
Oczywiście kłamstwem byłoby stwierdzenie, że Jan Paweł II żył w pełnej harmonii ze współczesnym światem. (...) Dziś powiedzielibyśmy, że polski papież „przykrywał” za pomocą innych deklaracji oraz osobistych opowieści swoje przesłanie moralne. (...) Drugą bronią, którą Jan Paweł II rozbrajał swoich przeciwników, była nadzwyczajna bezpośredniość. Polski papież budził sympatię. Sypał żartami i anegdotami. Niestety – często skutkiem tego były relacje medialne skupiające się właśnie na pobocznych wątkach. Wszyscy pamiętają setki razy odtwarzane wspomnienia o kremówkach podczas wizyty w Wadowicach (Jan Turnau w „Gazecie” dostrzegł w nich nawet przesłanie religijne i lansował kremówkowy „sakrament uśmiechu”), a w zapomnienie poszła wygłoszona chwilę wcześniej homilia o roli Najświętszej Marii Panny w tajemnicy odkupienia. Jan Paweł II uwodził wiernych i media właśnie owymi didaskaliami – opowieściami o mazurskich szlakach kajakowych i o wędrówkach po Tatrach. To było piękne i wzruszające. Ale niestety niewiele więcej zostało w pamięci wiernych" - pisze Zdort. Publicysta dodaje, że "jeśli pojawiała się ostrzejsza krytyka wobec Jana Pawła II, to sporą jej część brał na siebie jego bliski współpracownik kardynał Joseph Ratzinger. Obaj hierarchowie stworzyli parę w typie dobrego i złego policjanta", co najwyraźniej było to widać, gdy opublikowano deklarację „Dominus Iesus”. "Benedykt XVI jako konserwatysta nie chciał rewolucji. Zamiast gwałtownie burzyć to, co go w janopawłowym Kościele niepokoiło, przyjął metodę powolnego demontażu niebezpiecznych konstrukcji - pisze Zdort. - Powoli jasne się stawało, że właśnie kwestia ożywienia katolickiej tradycji, po Vaticanum II w dużej części zapomnianej, będzie zapalnikiem, który wywoła wojnę Kościoła ze światem liberalnym. I rzeczywiście – casus belli stało się niedawne cofnięcie ekskomuniki wobec lefebrystów. To był dowód, że Benedykt XVI nie poprzestanie na dobrotliwym upominaniu wiernych" - czytamy.
"Benedykt – papież Kościoła katolickiego – chyba nie miał wątpliwości, w którą stronę iść. Liberalizacja nauczania nie wchodziła w rachubę. Wręcz odwrotnie – papież uznał, że owo nauczanie musi być bardziej jednoznaczne. Że przez ostatnie kilkadziesiąt lat sól – którą był Kościół – straciła smak. Na ewangeliczne pytanie, czym posolić tę sól, znalazł jednak odpowiedź. Tu chyba tkwi sekret, dlaczego papież postanowił wyciągnąć rękę do lefebrystów. Być może Benedykt XVI uważa, że Bractwo św. Piusa X jest nadmiernie „słone” – ale traktuje to jako zaletę, bo ma nadzieję, że po wrzuceniu lefebrystów do ogromnego kościelnego kotła cała potrawa nie będzie tak mdła jak obecnie" - pisze Zdort.
Jego zdaniem krytyka Papieża po cofnięciu ekskomuniki, to w rzeczy samej nie znak oburzenia za wypowiedzi biskupa lefebrysty negujące Holokaust, ale "próba zdezawuowania papieża". "Ostatnie decyzje Benedykta można bowiem odczytać jako podważaniem wielu posoborowych zmian i powrót Kościoła na pozycję surowego recenzenta liberalnego świata. A to wywołuje protesty" - pisze Zdort. Media w Niemczech zaczęły już rozważać, czy tamtejszy Kościół nie odłączy się od Rzymu. A i w Polsce w tekstach niektórych publicystów pojawiły się zawoalowane pogróżki, że Kościół soborowy, wychowany na Janie Pawle II, odejdzie od Kościoła katolickiego, jeśli papież nie zmieni swojej konserwatywnej linii - czytamy.
"Jeśli Benedykt nadal będzie tak konsekwentny, to o czasach „kremówkowych sakramentów” możemy zapomnieć. Między Kościołem a światem liberalnym właśnie skończyła się wymiana uśmiechów. Skończyła się epoka fikcyjnego rozejmu, za którym krył się niemożliwy do rozwiązania konflikt. Czas już, aby obie strony spojrzały na siebie poważnie" - kończy swój tekst publicysta.
IDK KAI