Tagi:                                    

Zagłada Huty Pieniackiej

Niewypowiedziany ból i niewyznane winy uniemożliwiają realne pojednanie po obu stronach. Dlaczego wciąż tak trudno zrozumieć to większości polityków Polski i Ukrainy? W „Eseju o duszy polskiej” Ryszard Legutko wyraził ubolewanie, że dla ogromnej większości naszych rodaków nazwa Huta Pieniacka pozostaje nadal pustym dźwiękiem. Czy to lenistwo historyczne? A może rażące zaniechanie wobec własnej racji stanu? Jak tego by nie nazwać, przyczyną naszego zbiorowego trwania w groźnej niewiedzy pozostaje brak woli politycznej kolejnych ekip po 1989. A dokładniej, nadmierne kunktatorstwo polityków, skłonnych w imię niezbędnego pojednania i dobrych stosunków z Ukrainą wyrzec się prawdy o ludobójstwie z lat 40., które – rozpoczęte na Wołyniu – rozpełzło się potem po całej Małopolsce Wschodniej.

Gdzieś w złoczowskim powiecie Huta Pieniacka była dużą wsią na skraju powiatu złoczowskiego, na Tarnopolszczyźnie. Liczyła prawie 180 dymów i około tysiąca mieszkańców, prawie wyłącznie Polaków, choć mieszkało w niej i kilka rodzin mieszanych, polsko-rusińskich, jak tradycyjnie nazywało się tam dzisiejszych Ukraińców. Swą nazwę wzięła od pobliskich Pieniaków, osady trochę większej (1300 dusz, z kilkuprocentową przewagą ludności rusińskiej) oraz o wiele bardziej znanej, choćby ze względu na stojący u wjazdu do niej dwór hrabiów Cieńskich. Ze względu na jednolitość etniczną i zwartą zabudowę w Hucie Pieniackiej chętnie chronili się ludzie z mniejszych przysiółków, Żydzi oraz uciekinierzy z ogarniętego etniczną rzezią Wołynia.

Wioska miała własną samoobronę, ponadto działał w niej miejscowy oddział AK. Obiema formacjami dowodził Kazimierz Wojciechowski, ps. „Satyr”, który przybył tu ze Lwowa wraz z żoną Riwą i częścią jej żydowskiej rodziny. W czasach szalejących czystek etnicznych, prowadzonych przez nacjonalistów z OUN – UPA, obecność uzbrojonych formacji była niewątpliwie czynnikiem odstraszającym, ale i ściągała na polską wieś niechętną uwagę wroga.