Tagi:                                    

Nowe oświadczenie burmistrza Andrzeja Jarzyńskiego

Na stronach internetowych Urzędu Miejskiego ukazało się oświadczenie Burmistrza Szydłowca oraz zestawienie różnych dokumentów dotyczących drogi S7. W oświadczeniu A. Jarzyński odnosząc się do konfliktu wokół lokalizacji w obrębie Szydłowca projektowanej trasy S7 napisał: "I właśnie za to, aby bezpiecznie rozwiązać ten problem, aby proponowane rozwiązanie było rozwiązaniem bezpiecznym zarówno dla pieszych, jaki i jadących i aby rozwiązanie było nowoczesne i z korzyścią dla całego miasta (jestem za nową ulicą, szerokim chodnikiem) – za to biorę pełną odpowiedzialność. W klimacie wzajemnego zrozumienia i szacunku powinniśmy wypracowywać koncepcje i rozwiązania". Burmistrz w oświadczeniu wyjaśnia swoje stanowisko, opisuję fakty i dementuje plotki, które mogłyby w tej sprawie się pojawiać. Cały tekst oświadczenia Burmistrza A. Jarzyńskiego publikujemy poniżej:

Szanowni Mieszkańcy,

pragnę wobec sytuacji dotyczącej zachowań i wypowiedzi niektórych osób oświadczyć: • nie mam i nigdy nie miałem żadnej działki, ani też żadnego majątku przy obecnej obwodnicy Szydłowca, • nigdy nie zamierzałem kupować działki w tej okolicy, • nigdy nie osiągnąłem i nie otrzymałem żadnej korzyści majątkowej za poparcie tego, bądź innego wariantu przebiegu trasy S 7. Dlatego też z całą stanowczością i odpowiedzialnością protestuję wobec insynuacji, bądź pomówień redagowanych przez niektóre osoby – wypowiadanych na łamach prasy. Swój urząd – zaszczytny urząd Burmistrza - sprawuję z woli Boga i ludzi, którzy obdarzyli mnie swoim zaufaniem. To właśnie Państwo powierzyliście mi w roku 2002 tak wielką odpowiedzialność za dalsze losy Naszej Gminy. Rok 2002 to najgorszy rok w całej historii samorządności naszej gminy i miasta. To kolosalne zadłużenie (najwyższe w Polsce), to długi w oświacie, ZUS-ie, to komornik w ciepłowni, nieopłacone rachunki za oświetlenie uliczne, zaniedbane drogi, to wreszcie komisarz stojący przy naszych finansach. To są fakty – fakty uczynione rękami i rządami moich poprzedników. Minęło 6 lat ciężkiej pracy, pracy mojej i ludzi, którzy wraz ze mną podjęli ten trud. To dobra współpraca samorządowców (radnych Rady Miejskiej 2002 – 2006) doprowadziła do dobrych wyników dzisiaj. Te wyniki i tytuły dla miasta, to prawda i wdzięczność dla ludzi, którzy mi zawierzyli i zaufali. Dlatego oświadczam, że zarówno wówczas, kiedy było trudno i ciężko, nigdy nie dzieliłem ludzi i również dziś szanuję drugiego człowieka i o taki szacunek proszę. Każdy ma prawo do własnego zdania i własnej oceny, ale formułując je szanujmy się wzajemnie. Nie krzykiem, nawoływaniem „do walki”, ale spojrzeniem ponad własny interes. Dyskutujmy i bierzmy odpowiedzialność za swoją postawę, bez względu z jakiego miejsca i „mównicy” ją głosimy. Żyję i żyłem zarówno wśród tych, którzy mieszkają na wsi, osiedlu „Wschód”, nad Zalewem, czy przy ul. Kolejowej. Wiele lat przeżyłem mieszkając na osiedlu Wschód - z wieloma spośród mieszkańców tego osiedla pracowałem, chodziłem do kościoła. Ja się nie zmieniłem – ja dziś czuję wielką odpowiedzialność, ja też pamiętam, tak jak wielu z nas te tragedie na skrzyżowaniu „7”, jakie przez wiele lat miały miejsce. To ludzkie, niewyobrażalne tragedie. I właśnie za to, aby bezpiecznie rozwiązać ten problem, aby proponowane rozwiązanie było rozwiązaniem bezpiecznym zarówno dla pieszych, jaki i jadących i aby rozwiązanie było nowoczesne i z korzyścią dla całego miasta (jestem za nową ulicą, szerokim chodnikiem) – za to biorę pełną odpowiedzialność. Uważam, ze w klimacie wzajemnego zrozumienia i szacunku powinniśmy wypracowywać koncepcje i rozwiązania. Nie podjudzać, nie lekceważyć, nie obrażać. Czas tak szybko biegnie – pozostawmy po sobie pozytywny ślad, uszanujmy prawo i zachowajmy szacunek dla drugiego człowieka, dostrzeżmy szansę dla naszego miasta. Bo tyle wart jest człowiek, ile może zrobić dla drugiego człowieka – nie licząc na „głosy” – ale podejmując decyzje i biorąc za nie odpowiedzialność. Z osobistym szacunkiem Andrzej Jarzyński


Tagi:                                    

Rząd rządzi, złoty traci...

Złotówka spada, bo mamy zagraniczne długi, a w kraju brakuje walut obcych. Zamiast zmusić banki do ściągania środków walutowych z zagranicznych centrali, rząd chce wprowadzić Polskę do ERM2, co wiąże się z koniecznością podtrzymywania kursu złotego. Polityka ta grozi wyzbyciem się przez NBP 50 mld euro rezerw walutowych, co przy gigantycznym zadłużeniu Polski oznacza bankructwo.

W przyszłym tygodniu złotówka może przełamać poziom 4,5 zł za euro - przewidują analitycy. Nic też nie wskazuje na to, aby trwający od jesieni ubiegłego roku trend spadkowy miał się odwrócić w ciągu najbliższych miesięcy. Kryzys finansowy, jaki wybuchł jesienią w Stanach Zjednoczonych i zachodniej Europie, i związany z tym proces upadłości i przejęć wielu instytucji finansowych, dał sygnał do odpływu kapitału z naszego regionu na niespotykaną dotąd skalę. Obserwatorów zaskoczyło jednak tempo deprecjacji naszej waluty: złotówka stała się jedną z najszybciej tracących walut regionu. Dlaczego tak się dzieje, chociaż prognozy gospodarcze dla Polski są nieco lepsze niż dla innych krajów? Zdaniem dr. Cezarego Mecha, doradcy prezesa Narodowego Banku Polskiego, u podstaw tego zjawiska leży wysokie zadłużenie zagraniczne naszego kraju (dług publiczny oraz zadłużenie firm i osób prywatnych) przekraczające 500 mld zł, a więc 50 proc. PKB. Na to nakłada się błędna polityka wewnętrzna, która nie tylko nie zapobiega transferom środków walutowych za granicę, ale je wręcz ułatwia (m.in. tolerowanie transferów walut za granicę, wypłaty dywidend na rzecz zagranicznych akcjonariuszy, pomysł przejmowania przez banki państwowe zadłużonych zagranicznych banków). W tym roku rząd musi zrolować długi na kwotę 115 mld zł (tj. wykupić obligacje, których termin zapadalności wypada w tym roku za pieniądze pozyskane z emisji nowych obligacji). Dodatkowo musi pożyczyć dalsze 40 mld zł na sfinansowanie deficytu budżetowego i transfery do OFE. Łącznie musimy więc jako państwo zaciągnąć w tym roku długi na ponad 150 mld zł, w tym potrzeby pożyczkowe za granicą resort finansów szacuje na 4 mld euro. Potrzeby te zostaną sfinansowane przez emisję obligacji i pożyczki w międzynarodowych instytucjach finansowych. Niestety, cena pozyskania tych środków rośnie. Zadłużenie całej gospodarki, a więc rządu i przedsiębiorstw, jest jednak znacznie wyższe niż to, które wygenerowała sfera publiczna, ponieważ według przybliżonych szacunków, może sięgać ok. 114 mld USD. Polska jest jednym z krajów regionu najsilniej uzależnionych od zagranicznego finansowania. Dopóki sytuacja na światowych rynkach finansowych była stabilna - firmy mogły płynnie rolować walutowe długi. Dzisiaj jednak zagraniczne źródła finansowania wyschły, a przedsiębiorstwa gwałtownie potrzebują środków. Wszystko to powoduje niesłychanie silną presję na złotówkę i szybki spadek kursu. Zdaniem większości analityków, tendencja ta utrzyma się w najbliższych tygodniach, a ewentualne odbicie może nastąpić dopiero w drugiej połowie roku, o ile rząd podejmie odpowiednie kroki obliczone na pozyskiwanie przez banki i firmy walut z zagranicy. Tendencje spadkowe złotego pogłębiają dodatkowo działania spekulacyjne związane z niekorzystnymi kontraktami opcji walutowych, które zawarły w przeszłości polskie przedsiębiorstwa. Również polityka NBP - transakcje swapowe (umowa między stronami określająca zasady płatności zależne od określonego parametru rynku) i przedterminowy wykup obligacji od banków - zamiast wywierać nacisk na instytucje finansowe, aby ściągały środki walutowe ze swoich macierzystych central zagranicznych - zachęca je do czekania z założonymi rękami na środki publiczne. I w takiej oto sytuacji na początku lutego rząd zamierza podjąć rozmowy z Komisją Europejską i Europejskim Bankiem Centralnym w sprawie wejścia Polski do ERM. Pozostawanie w wężu walutowym wiąże się z koniecznością utrzymywania kursu złotego na określonym poziomie, w paśmie wahań plus/minus 15 procent. Przy obecnym nacisku na spadek kursu złotówki oznacza to ni mniej, ni więcej, że Narodowy Bank Polski musiałby uruchomić liczące 50 mld euro rezerwy walutowe na interwencje na rynku w celu podtrzymania kursu. Jest to najprostszy sposób na wyprowadzenie ogromnych środków walutowych z banku centralnego. Tymczasem rezerwy te są państwu polskiemu potrzebne, aby mogło spłacać zadłużenie zagraniczne. Bez nich będziemy bankrutem. Co może odwrócić trend spadkowy naszej waluty? Na przykład wiadomość o znacznej kwocie pomocy dla Polski w euro lub w dolarach z MFW, napływ euro z Unii związany z radykalnym przyspieszeniem pozyskiwania środków. Trend może się też odwrócić, jeśli dojdzie do sytuacji, że złotówka znacząco "przestrzeli", tj. będzie mocno niedoszacowana. Wtedy inwestorzy mogą zauważyć, że opłaca się inwestować w niedoszacowaną walutę, a także... ruszą na zakupy naszych przedsiębiorstw za bezcen. Przy niedoszacowanym złotym polskie przedsiębiorstwa zadłużone w obcych walutach nie byłyby w stanie dalej funkcjonować, chyba że otrzymałyby znaczną pomoc publiczną. Małgorzata Goss Nasz Dziennik