Najdostojniejszy Jubilat ks arcybiskup Kazimierz Majdański
Ks. Abp prof. dr hab. KAZIMIERZ MAJDAŃSKI przyszedł na świat w Małgowie 1 marca 1916 r. w wielodzietnej rodzinie Józefa i Rozalii Majdańskich, będąc ich trzynastym dzieckiem.
Jeszcze jako alumn WSD we Włocławku (1934-39) wraz ze swoimi profesorami został aresztowany przez Gestapo 7.XI.1939 r. Był więziony w hitlerowskich więzieniach i obozach koncentracyjnych. Wyzwolony z Dachau 29.IV.1945 r. już 29.VII.1945 r. w Paryżu przyjął święcenia kapłańskie, po czym odbył studia we Fryburgu Szwajcarskim. Po powrocie do Ojczyzny polem działalności było duszpasterstwo, zajęcia dydaktyczne w swoim WSD, by przez 18 lat pełnić funkcję redaktora naczelnego „Ateneum Kapłańskiego”. Już w 1956 r. zorganizował krajowe duszpasterstwo Służby Zdrowia oraz współorganizował Komisje Episkopatu ds. Duszpasterstwa Rodzin. Natomiast, 19.XI.1962 r. otrzymał nominację na biskupa pomocniczego we Włocławku od błogosławione dziś Pap. Jana XXXIII, mogąc czynnie uczestniczyć w Soborze Watykańskim II. W całej Jego działalności dominowała zawsze ogromna troska o rodzinę, uwieńczona powołanym przez Niego do życia pierwszego w świecie akademickiego Instytutu Studiów nad Rodziną (29.IV.1975). Jako założyciel, powołał też do istnienia jego filię w Szczecinie, kiedy był pasterzem tej zachodniej diecezji (1979-1992). Spełniając życzenie Pap. Jana Pawła II, brał czynny udział, tak w przygotowaniach, jak i w realizacji Synodu Biskupów w 1980 r. poświęconym rodzinie. W latach 1981-1993 był członkiem Prezydium Papieskiej Rady Rodziny, której był współtwórcą. Spod Jego wprawnego pióra ukazało się ponad 30 książek, około 250 artykułów w różnych językach oraz redakcji szeregu pozycji książkowych, pochylając się nad drogą Jego sercu problematyką rodziny, będącej „drogą Kościoła”. To, z konieczności, skrócone curriculum vitae, niechaj posłuży moim wspomnieniom, na jakie pozwoliła mi Opatrzność Boża poprzez bywanie w obecności Najdostojniejszego Jubilata. „Zapisano to w Księdze Wspomnień przed Nim dla dobra bojących się Pana i czczących Jego imię” (Ml 3,13) Każde wspomnienie sięga przeszłości: dłuższej lub krótszej. Dla mnie jest to wspomnienie już półwiecza, kiedy to, jako alumn Zgromadzenia Księży Orionistów, spotkałem po raz pierwszy Ks. prof. K. Majdańskiego, jako wykładowcę teologii moralnej, a zarazem pełniącego funkcję Vicerektora WSD we Włocławku. Od tamtego czasu był dla mnie Postacią o niezwykłej dostojności osobowej i powadze traktowania swojej posługi. Imponował mi swoim ojcowskim zatroskaniem o nas młodych adeptów do przyszłej misji wobec Ludu Bożego. Nic więc dziwnego, że taka postawa wywoływała we mnie należny szacunek, przynaglając jednocześnie do solidnego opanowywania wykładanej, tak ważnej dziedziny, bo dotyczącej wprost życia człowieka, w aspekcie jego postępowania moralnego. Toteż wspominam i będę wspominał jeden z egzaminów, kiedy zostałem zapytany De modestia, o której wówczas moja wiedza nie była zbyt imponująca, toteż nie mogło i nie zachwyciło mego Zacnego Wykładowcę. Pragnąc wydobyć z moich szarych komórek nieco więcej wiadomości na wspomniany temat, od którego nie odstępował, był łaskaw uznać moją wypowiedź jako wystarczającą dla odnotowania w indeksie: sufficienter plus. Choć był to wówczas stopień – z tej aktualnej wiedzy na ten temat – zadowalający, to przecież pobudził mnie do jeszcze większego wysiłku, gdyż studiowanie było dla mnie przyjemną pasją.. Chwileczkę, ale można by tu – mutatis mutandis – usłyszeć żartobliwe powiedzenie Papieża Jana Pawła II do Ks. M. Malińskiego, kiedy wręczał swoją książkę: Ten, który stał na bramce”: „I co, Mieciu, znowu napisałeś o sobie”. A przecież czytamy zachętę w Pwt 32,7: „Na dawne dni sobie wspomnij”. I rzeczywiście. Kiedy, już jako Biskup pomocniczy Włocławski, odbywał – nasz dawny Wychowawca – wizytacje kanoniczne w parafiach, wiele razy miałem możność uczestniczyć w nich. Wówczas to, będąc młodym księdzem, słuchałem opinii księży, którzy byli świadkami tychże wizytacji. Nasz sąd był jednoznaczny: oznaczały się one należnym sobie dostojeństwem, a zarazem spokojem w ich przeprowadzaniu, co dawało poczucie wspaniałej, rodzinnej atmosfery. Toteż, na zawsze pozostaną mi w pamięci ojcowskie, wyważone słowa, kreślące obraz danego duszpasterza i jego owczarni. Podczas każdej wizytacji była przewidziana Msza św. dla rodziców i ich najmniejszych pociech. W chwilę po rozpoczęciu zaczynało się ich wędrowanie po świątyni, a ślad za swymi pociechami biegały też młode mamy. Wprawdzie była to zabawa dla maluchów, ale u starszych wywoływało to podenerwowanie, które się uzewnętrzniało słyszalnymi uwagami. Wówczas włączał się w tę akcję i Najdostojniejszy Celebrans, z właściwym sobie spokojem i lekkim uśmiechem, aby nie zrazić nikogo: „Kochani! Jak wiemy jest to Msza św. dla maluchów, które przyszły do Jezusa, który zwraca się do nas starszych: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie i nie przeszkadzajcie im: do takich bowiem należy królestwo Boże”(Łk 18,16). Miejmy nieco cierpliwości, one sobie pochodzą, pobawią się, a ponieważ nie będzie się zwracało na nie uwagi, wkrótce przestaną i nastanie cisza. Tak też właśnie bywało. Można by więc dodać: I wszyscy byli zadowoleni. I tu chciałbym uczynić swoimi słowa Psalmisty:„Gdy wspominam o tym, rozszerza się dusza moja we mnie”(Ps 42,5). Stąd wspominam to, jako wskazówkę dydaktyczną, z której wielokrotnie korzystałem, prowadząc nauki rekolekcyjne dla dzieci, co przynosiło piękną - tak potrzebną dzieciom – atmosferę rodzinności. Z czasem, na prośbę Najdostojniejszego dziś już Jubilata, moi przełożeni zakonni skierowali mnie, abym jeszcze bardziej Mu towarzyszył w Jego duszpasterskiej posłudze biskupiej. Nie tylko, że odczytałem to w kategoriach Bożej Opatrzności, ale dzięki temu nawiązywała się coraz bardziej ścisła więź ucznia z Mistrzem. Znajdując się wówczas w bezpośredniej obecności Jego Ekscelencji, nadal mogłem się uczyć tego, co kształtuje ludzki charakter, będący podstawą do budowania gmachu kapłańsko-zakonnego. W tym czasie miałem możność bycia z Ks. Biskupem w samochodzie, w którym spędzaliśmy nieraz długie godziny w podróży. Wypełniały je różne modlitwy z rozważaniami tajemnic różańca oraz ze śpiewaną litanią loretańską. Wiele też było prowadzonych rozmów. Jako zaś przerywniki, służyły nam ku rozweseleniu dowcipy. Te ostatnie, kiedy miały miejsce na serpentynach alpejskich (wtedy nie było jeszcze autostrady: Wiedeń – Klagenfurt), z konieczności musiały następować przerwy w ich opowiadaniu, wówczas Ks. Biskup zwykł dodawać:„Kiedy zamierzasz skończyć ten dowcip, bo wkrótce zapomnę o czym on był”, co wywoływało w nas wybuchy dalszego śmiechu. Innym razem, na autostradzie w dawnym RFN-ie, Ks. Biskup nie zdążył mi powiedzieć, że należy skierować się ku prawemu odgałęzieniu; kiedy otrzymałem tę informację już podążaliśmy nie po tej drodze, a kosztowało to nas około 40 km, aby przy pierwszym możliwym zjeździe, można było zawrócić i skierować się do wyznaczonego celu. I w tej sytuacji, nieco niezręcznej, nie padło ani jedno słowo uwagi, choć byłoby ono zupełnie zrozumiałe. Na trasie owych podróży nie mogło zabraknąć Dachau, miejsca specjalnie dla dręczenia i mordowania polskich kapłanów. Wśród 220 duchownych diecezji włocławskiej, którzy ponieśli śmierć w tymże obozie zagłady, był tam poddawany eksperymentom „medycznym” także al. Majdański. Przed wejściem na teren obozu Ks. Bp prosił mnie:„Kiedy znajdziemy się wewnątrz, nie pytaj mnie o nic. Jedynie na chwilę przystaniemy przed miejscem, w którym mnie doświadczano i pójdziemy dalej”. W czasie całego pobytu każdy z nas odmawiał w zadumie różaniec. Były to ciężkie chwile dla nas obojgu. Natomiast innego aspektu dotyczy moje wspomnienie z pobytu w Wurselen k/Akwizgranu. W miejscowym szpitalu Ks. Biskup celebrował Mszę św. Można jej było słuchać w poszczególnych salach chorych i na korytarzach. Wtedy usłyszałem rozmowę dwóch chorych mężczyzn:„Co to za ksiądz mówi tak pięknie po niemiecku? A to Biskup z Polski. Niemożliwe. Tak, ale wiem to na pewno”. Poczułem wówczas, jeśli wolno tak powiedzieć, dumę narodową, ale i nutkę zazdrości, jako bodziec do ciągłej współpracy z Bożymi talentami. I tak upłynął, nawiązując do ujęcia biblijnego, czas jakiś, bo i takie znaczenie ma biblijny „jom”. Wówczas to zostałem przeniesiony do naszego domu zakonnego w Warszawie-Aninie. I tutaj, zrządzeniem Bożej Opatrzności, której Założyciel naszego Zgromadzenia, dziś, św. Alojzy Orione, powierzył je do całkowitej dyspozycji, aby służyć braciom najbardziej potrzebującym. Wtedy to, Najdostojniejszy Jubilat zwrócił się do moich Przełożonych, prosząc o moją współpracę w założonym przez Siebie – przed 12 laty – Instytucie Studiów nad Rodziną w Łomiankach. Zatrudniony w charakterze wykładowcy z zakresu biblistyki objąłem zajęcia tak na studiach stacjonarnych, jak i zaocznych. Była to więc kontynuacja naszej dość długiej już znajomości, która trwa, owszem, owocnie dla mnie się pogłębia. Mogę być, wśród licznych wykładowców, świadkiem naukowo-pastoralnego zaangażowania się bez reszty w sprawy związane z małżeństwem i rodziną, której służąc, Jego Ekscelencja służy naszej Ojczyźnie, jako Pionier na tym fundamentalnym odcinku ewangelicznego „zakwasu” dla przemiany i umacniania rodziny, jako „Kościoła domowe”. Owoce tej ogromnej pracy się rozszerzają, także poprzez powstawanie podobnych Instytutów, które czerpią z doświadczeń naszego Instytutu. Oprócz już istniejących, ostatnio, powstał taki również w Argentynie, który zainaugurował Kard. Lopez Truchillo. Znając wielkość i ojcowskie serce Najdostojniejszego Jubilata, myślę, że przyjmie słowa Biblii, jako swoje wyznanie skierowane do nas wszystkich: „Ja zaś leżę chory, ale Was – jak kochający przyjaciel – wspominam”(2Mch 9,21). Dziękując Bożej Opatrzności za łaskę przebywania w obecności Najdostojniejszego Jubilata, wyrażam Mu swoją synowską, modlitewną wdzięczność wraz z życzeniami, także zaczerpniętymi z Biblii: ”Niech Cię Pan błogosławi. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad Tobą. Niech zwróci ku Tobie oblicze swoje i niech Cię obdarzy pokojem”(Lb 6,24-27). Z synowską wdzięcznością proszę o Ojcowskie błogosławieństwo ks. Leonard Pawlak FDP